Niniejszy artykuł stanowi odpowiedź na ukazujące się w mediach doniesienia ostatnich dnia na temat kondycji polskiej psychiatrii, zwłaszcza psychiatrii dziecięcej.
3 lutego na łamach serwisu Onet.pl ukazał się artykuł autorstwa Janusza Schwertnera, „Miłość w czasach zarazy”. Tego samego dnia serwis opublikował rozmowę z lekarką psychiatrą dziecięcym, stanowiącą uzupełnienie pierwszego tekstu, zatytułowaną „Czy w Polsce musi się zabić dziecko kogo znanego i ważnego, żebyśmy otworzyli oczy?”.
Obraz powstający w głowie po lekturze obu tekstów jest zatrważający. Wyziera z niego to, co każdy, mający choćby epizodyczną, zawodową styczność z polską psychiatrią wie – jest dramatycznie niedofinansowana. Historie bohaterów przytaczane w artykułach zwracają jednak uwagę na inne problemy dotyczące funkcjonowania systemu służby zdrowia – i nie tylko, które współwystępując w czasie i trafiając na wrażliwego odbiorcę – mogą być bardzo niebezpieczne. Poniżej przedstawione zostaną niektóre z nich. Zwrócę również uwagę na te fragmenty artykułu, które budzą we mnie, jako osobie zawodowo związanej ze służbą zdrowia, niepokój i niezgodę.

Twarz polskiej psychiatrii

Bezpośrednią konsekwencją tak znacznego niedofinansowania psychiatrii, są poważne braki kadrowe. Ujmując rzecz najprościej, jak można: lekarzy, pielęgniarek, psychologów i innych specjalistów obejmujących opieką pacjentów cierpiących na zaburzenia psychiczne niejednokrotnie nie stać na to, aby poświęcić swojej pracy całą zawodową aktywność. Dramatycznie niskie zarobki, zupełnie nieadekwatne do ilości pracy i poziomu ponoszonych kosztów czasowych i emocjonalnych zniechęcają skutecznie do wyboru takiej ścieżki zawodowej. Decydują się więc na nią albo osoby, które mają stabilną sytuację finansową, albo osoby oddane idei pracy (a więc szczególnie narażone na zjawisko wypalenia zawodowego), lub też odbywające staże w ramach kończonej specjalizacji zawodowej. Powiedzmy sobie szczerze: osób z każdej z powyższych grup jest niewiele. A praca, która nie przynosi gratyfikacji adekwatnej do ponoszonych kosztów – i mowa tu nie jedynie o wynagrodzeniu finansowym – bycie świadkiem cierpienia, trudności w komunikacji z pacjentami, często konieczność powrotów do leczenia oddziałowego, niepewne rokowania, zaostrzenia stanów pacjentów) przy braku perspektyw na jej zmianę, jest doświadczeniem trudnym i przynoszącym mnóstwo frustracji pracownikom.
Dla pacjentów braki kadrowe oznaczają długie terminy oczekiwań na wizytę u specjalisty, pobyty na przepełnionych oddziałach, czasem – konieczność oczekiwania na pomoc w sytuacjach niebezpiecznych, zagrażających życiu. Oznaczają również kontakt z niejednokrotnie wypalonym, przemęczonym personelem. Efektem tych zjawisk często bywa fakt, że w kontakcie profesjonalista – pacjent brakuje przestrzeni na bycie człowiekiem. Na rozmowę, wyjaśnienia – na przykład, dlaczego w leczeniu nastolatka wykorzystuje się leki opisane jako przeznaczone dla dorosłych. Artykuł obnaża tę trudność; robi to jednak w sposób manipulacyjny – sugeruje bowiem nieprawidłowy dobór środków leczniczych. Rzeczywistość doboru leków psychiatrycznych jest dużo bardziej skomplikowana, niż to wynika z ulotki dostępnej w Internecie. Dobór każdego leku, a także jego dawki, jest poprzedzony bilansem spodziewanych zysków i strat w kontekście każdego pacjenta indywidualnie – a dokonują go właśnie lekarze specjaliści, uwzględniając w nim również dostępność innych rozwiązań niż farmakoterapia.

Wsparcie w systemie szkolnym

Cytowany artykuł obnaża nie tylko bardzo poważne deficyty systemu opieki zdrowotnej, ale także niedoskonałości systemu szkolnictwa (o którym mógłby powstać odrębny artykuł). To, co niepokoi najbardziej – poza niedofinansowaniem jak w przypadku służby zdrowia – to obraz nietolerancji, wykluczenia i stygmatyzacji, jaka dokonuje się w polskich szkołach wobec uczniów w jakikolwiek sposób odbiegających od „normy” – swoim ubiorem, wyglądem, orientacją czy tożsamością seksualną, rasą, wyznaniem. Brak tolerancji i wykluczenie najczęściej mają swoje źródła w niewiedzy. Niewiedza rodzi strach, a przed strachem (i jego źródłem w postaci takiej czy innej inności) ludzie się bronią. Działanie szkoły w przeciwdziałaniu powstawania negatywnych postaw społecznych wobec jakiejkolwiek inności jest w polskich realiach fikcją. W szkole jako instytucji perspektywa indywidualna poszczególnych jednostek znika często z pola widzenia. I o ile trafia na jednostki mieszczące się w szeroko rozumianych normach, straty z tego wynikające są do opanowania. Problem zaczyna się, gdy ktoś funkcjonuje poza tymi normami – jest nieprzeciętny. Ta nieprzeciętność nie jest, a przynajmniej nie musi być, z gruntu niekorzystna i zagrażająca jednostce. Mam tu na myśli na przykład uczniów o ponadprzeciętnym poziomie osiągnięć szkolnych, który w żaden sposób nie jest zagrażający dla pozostałych uczniów. Różnica między wynikami w nauce takich uczniów, a resztą klasy czy rocznika, oscylującego w granicach przeciętności, staje się często dla dzieci i młodzieży powodem dla wykluczenia nieprzeciętnego ucznia z grupy koleżeńskiej. Dystynktywna cecha, jaką są wysokie osiągnięcia szkolne, staje się pretekstem do przypisania szeregu innych, spostrzeganych negatywnie przez rówieśników. Ten mechanizm odpowiada za wzrost niechęci wobec konkretnego ucznia. A kogoś nielubianego, o kim myśli się źle, łatwiej jest krzywdzić: przez wyzwiska, izolację, nierzadko zachowania agresywne. U progu XXI wieku odrębną kategorią zachowań agresywnych wśród młodych ludzi jest agresja w Internecie, często zupełnie poza kontrolą rodziców i instytucji. W podobny sposób narasta niechęć wobec dzieci o innym wyglądzie, rasie, wyznaniu, a także zachowujących się w sposób niezrozumiały czy odbiegający od przyjętych w danej społeczności norm. W specyficznym systemie, jakim jest klasa szkolna czy grupa rówieśnicza, ważna jest rola czujnego, zaangażowanego i sprawczego nauczyciela. I tu mierzymy się z tymi samymi przeszkodami, co w psychiatrii: o takich nauczycieli dziś bardzo trudno. Dlaczego? Bo to praca niejednokrotnie bardzo wyczerpująca, często niedoceniana (również w wymiarze finansowym, ale nie tylko!), narażająca – zwłaszcza osoby „zapalone” w swojej aktywności zawodowej, na zespół wypalenia – w rezultacie angażujące się coraz mniej i dystansujące się od wszystkiego, co wykracza poza realizację, i tak przeładowanego, programu nauczania. W efekcie odległość między nauczycielem a uczniami zwiększa się, pozbawiając uczniów poczucia, że w nauczycielach mają sprzymierzeńców i pomocników nie tylko kwestiach szkolnych.

Co to dla nas oznacza?

Oczywiście niesprawiedliwym i nieprawdziwym byłoby założenie, że dzieje się tak we wszystkich szkołach i zakładach opieki zdrowotnej związanych z leczeniem psychiatrycznym dzieci i młodzieży. Dobrą wiadomością jest to, że wciąż, mimo naprawdę poważnych trudności o charakterze systemowym, istnieje mnóstwo życzliwych, dobrych ludzi, którzy profesjonalnie wykonują swoją pracę, będąc blisko swoich podopiecznych i niosąc prawdziwą pomoc. Życzliwość i dobroć ludzka to jednak za mało w obliczu bezradności systemów. Oddając pod czyjąś opiekę własne dziecko, chcemy liczyć nie tylko na to, że ten ktoś nam dobrze życzy, ale także, że pracuje w sprzyjających tej życzliwości warunkach. Dlatego mimo skrajnych emocji, jakie wzbudziły oba cytowane tu artykuły, w tym wielu głosów krytycznych uważam, że korzyści płynące z tych publikacji mogą znacznie przewyższyć ich koszty. Artykuły, choć kontrowersyjne, miejscami pisane językiem celowo wzbudzającym skrajne emocje u czytelników, nadal możemy mądrze wykorzystać. Mogą stać się punktem wyjścia do ważnej dyskusji, i upomnienia się o nasze prawa do ochrony zdrowia wśród rządzących. Do tego jednak niezbędna jest świadomość, że kondycja systemu opieki zdrowotnej (w tym psychiatrii) jest problemem nas wszystkich – jako obywateli i członków społeczeństwa nie wyrażających zgody na marginalne traktowanie ludzi cierpiących na zaburzenia psychiczne. Przede wszystkim jednak nie zapominajmy, że zdrowie psychiczne jest ważnym, nieodłącznym elementem ogólnego zdrowia człowieka, i nikt z nas – bez względu na reprezentowaną przez siebie odmienność, nie zasługuje na bycie ofiarą niewydolnego systemu, i traktowanie poniżej zwykłej, ludzkiej godności. Wszyscy przecież jesteśmy w jakimś stopniu różni.